zaglądam:
aasiek
ann_mari
bliskoznaczna
blonde
dońka
gettoknowme
izabelka
jem-przeciez
kamyszek
lipsticklies
nutelka
nmc
noli-me-tangere
prattle
refleksja
sapphire
sleepwalker
tweedy
urse
uwierz




przeminęło:
2008
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień


Layout by Cassia for Layout4you :: Thanks for: Courtneybrooke

11.07.2006 :: 04:58
Dziesięciodniowa bajka

Stres przed dzisiaj i krótka modlitwa o rychłe wstanie Doni, bo tylko ona w tym momencie może mi pomóc. Ona i jej niezawodna intuicja, którą ostatnio coraz częściej wykorzystuję.
Mogłam wogóle nie zerkać w ten kalendarz. Mogłam zapomnieć o tej dacie, więcej do niej nie wracać, a tym samym być odporna na wszelkie dylematy.
To nie tak miał wyglądać ten dzień. W mojej wyobraźni rysował się zupełnie inaczej, a ja całym sercem wierzyłam, że rysuje się prawidłowo. Zapomniałam o tym, że czasami wszystko potrafi się skomplikować dosłownie w jednej chwili, w trzech minutach.

A ja i tak napiszę tego sms'a, przeczytam 77 razy i wyślę.
Tak, tak właśnie zrobię.
CHYBA.

A ptaki śpiewają tak samo jak wtedy, niebo jest szaroniebieskie, a ja siedzę w pokoju przy otwartym oknie i głowie mam śmiech Doni. Bo niby nic od tamtej pory się nie zmieniło. Niby - bo to tylko pozory.

W radiu leci jakaś piosenka kojarząca mi się z ojcem. Z lat dzieciństwa, kiedy to siadaliśmy razem przed telewizorem i słuchaliśmy melodii, z których ta była moją ulubioną.
Sama już nie wiem, co ma sens, a co tego sensu po prostu nie ma.

W ostatnich 10 dniach kochałam plażę, naprawdę. Morze, palmy i wszystko, co związane z Espanią, również. Te ulice, tych ludzi, gdzie wszyscy się znali i tworzyli jedną, zgraną całość. Tą ciągle obowiązująca zasadę: mimo, że się nie znamy, mówmy sobie na 'Ty'. I dzięki takiej to regule normalnie, legalnie, wraz z Donią, dziadkom po 60. mówiłyśmy Hola, co w hiszpańskim znaczy "cześć".
Jedzenie było bardzo urozmaicone. Począwszy od konsumpcji włoskiej marchewki w autokarze (tu gromkie brawa dla Doni, której zawdzięczamy owy produkt), poprzez wszelkie owoce morza zakamuflowane do takiego stopnia, że w ostatnich chwilach dawały o sobie znać, w tym bycze jaja, moje małże, krewetki i wszystko, co znalazło się wraz z żółtym ryżem na talerzu Doni, kończąc na wielkim niewypale - kebabie o jakim nawet nie śniłyśmy, robionym w bardzo higieniczny sposób, według zasad BHP, bardzo smakowitym, choć zawierającym mięso gotowane w grzybowej, jak to trafnie podsumowała Donia. Nasza przygoda z owym mięskiem zakończyła się na uroczystym ochrzczeniu nas jako paryskie pieski. Nie na tym skończyła się przygoda z hiszpańskim żarełkiem, bo było jeszcze kilka ogromnych deserów i bardzo słodki truskawkowy koktajl, którego już nigdy w życiu nie zamówię. Były i sangrie, i wina każdego rodzaju, i likiery, i bardzo modna wówczas Nestea, która już mi uszami i nosem wychodzi.
Wysokie i silne fale oraz latające parasole to nasza specjalność, udani sąsiedzi każdej rasy i narodowości, także. Bo my to zawsze mamy szczęście, które doprowadziły do tego, że opowiadany przeze mnie mit o nieznośnych Włochach stał się jak najbardziej prawdziwą prawdą i rzeczywistością, także dla samej Doni, która z początku nie do końca w niego wierzyła.
Sagrada Familia wywarła na mnie ogromne wrażenie i wprost zakochałam się w jej ośmiu wieżyczkach. Tańczące Fontanny były niesamowicie piękne i jeszcze bardziej nieprawdopodobne i zaskakujące, niż się wydawały w opowiadaniach. Za to Kolumna Kolumba była nudna, Akvarium zupełne inne niż w naszych wyobraźniach, a słynny Ogórek wcale nie przypominał ogórka tylko zupełnie coś innego (jak po długiej obserwacji stwierdziłyśmy wraz z Donią). Poszukiwanie rynku, a później fotografowanie pewnej Gwardii i Agencji przysporzyło nam wiele nerwów i czasu, ale warto było.
Gdy robiło się nudno, wybierałyśmy się w 4 na długie spacery po ruchliwych i jakże niebezpiecznych ulicach, gdzie zapraszano nas na różnorakie imprezy, ze striptizami i klubami hula-hula włącznie lub chodziłyśmy na dłuuugie i bardzo męczące zakupy, wyciskające z nas ostatnie poty i sprawiające, że wczasy zaczęły nas męczyć i z czasem stały się naprawdę ciężką pracą. :P
Kelnerzy byli niczego sobie, pełni uroku, sympatii i uśmiechu, co rzadko widuje się u zwykłych podawaczy jedzenia w Polsce. Chętnie robili sobie z nami fotki i uczyli się polskiego, choć nie powiem, bo pewnego dnia my również dostałyśmy jedną lekcję, tym razem hiszpańskiego – od recepcjonisty i właściciela.
Droga powrotna była bardzo ciekawa, a przy tym jakże krótka. Stringi pewnej sąsiadki autobusowej wprost nas rozwaliły. Zabawa misiami z Agnieszką była bardzo spontaniczna, szczególnie zapamiętam moment, kiedy do akcji wkroczył beżowy miś w czerwonym sweterku i zrobiło się małe zamieszanie. Było śmiesznie, zabawnie, super, ekstra i tak jak powinno być. Sesja warkoczykowi udała się, jak najbardziej, pomimo dość prowizorycznych ‘gumek’, w które zamieniły się foliowe worki na produkty. Warkocze robione były w prawie całkowitej ciemności, dlatego tymbardziej należą nam się brawa:P Potem raczej nieprzespana noc z małą główką na kolanach i nazajutrz bardzo krótkie i krwawe:P łaskotki, za które dostałam za swoje, bo Mała Ośmiolatka miała siłę i zapasy energii większe od moich i Doni w sumie. Bitwę przegrałyśmy, zostałyśmy powalone na łopatki, ja w kapturze, z ranką na nosie i wardze, trochę poobijana, ale wyszłam z tego jako tako cało, czego o Doni nie można powiedzieć, bo od razu padła jak kawka i przespała pół drogi, w czasie gdy ja musiałam się męczyć z tym niewyżytym szkrabem.
Przez kilka dni zdążyłam być w wielu sieciach telefonii komórkowej na świecie, m.in. Bouygues, Orange, T-Mobile, Telefonia, SFR itd. Będę za nimi wszystkimi tęsknić, choć były okropnie drogie i wyczyściły moją kartę doszczętnie. Będę również tęsknić za tym piaskiem, słoną wodą, kolorowymi parasolkami, pokojem 410 i 402, żółtą zacinającą się windą, całym San Juanie i jego lokatorami, jedzonkiem, promenadą, palmami, foczkami, delfinami i wszystkim, naprawdę wszystkim.



Gdyby ktoś trzy >miesiące< temu powiedział
Że znikniesz na długo
Wstałabym i walnęła go w twarz
Bo oni wszyscy się mylą
Ja wiem lepiej
Bo powiedziałeś „na zawsze
I zawsze”
Kto wiedział?

Pamiętam, jakimi byliśmy strasznymi głupkami
Tak bardzo pewni i za bardzo spoko
O nie
Nie, nie
Chciałabym móc znów cię dotknąć
Chciałabym móc wciąż nazywać cię przyjacielem
Dałabym wszystko

Gdy ktoś powiedział „policz swoje dotychczasowe zdobycze
Nim znikną na długo”
Zgaduję, że po prostu nie wiedziałbym jak
Zupełnie się myliłam
Oni wiedzieli lepiej
Choć wciąż mówiłeś „Na zawsze
I zawsze”
Kto wiedział?

Trzymałam cię w zamknięciu w mojej głowie
Aż spotkaliśmy się znów
I nie zapomnę ci, przyjacielu,
Tego, co się stało

Gdyby ktoś trzy >miesiące< temu powiedział
Że znikniesz na długo
Wstałabym i walnęła go w twarz
[...]


Do głośników powróciła Pink i jej Who Knew.

Dzięki za to, że jesteś, że byłeś, i że już nigdy nie będziesz.
Szczęścia.

Komentuj (0)


19.07.2006 :: 23:35
Pojąć nie mogę.

Dlaczego potrzebujesz mnie zawsze wtedy, kiedy ona już Cię nie potrzebuje? Nigdy nie zrozumiesz, że ja Cię potrzebuję zawsze, nawet wtedy, kiedy ze sobą nie rozmawiamy, i wtedy, gdy widzę Cię z nią na mieście, i wtedy, kiedy nadziei już mi brak? I nie potrzebuję Cię jako chłopaka, jako kogoś, do kogo coś mam czy kiedyś miałam, lecz jako przyjaciela. Mojego przyjaciela, mojego eM.

Czy potrafimy rozmawiać ze sobą tylko za pośrednictwem opisów? Czy sądzisz, że uczciwe jest to, że to zawsze ja wykonuje pierwszy krok? Dlaczego zawsze, gdy juz brakuje wiary i nadziei, a ja przyzwyczajam się do pustki, na mojej liście, pośród opisów w jednym z nich widnieje dopisek od każdego, z każdym?
Jej wybaczyłeś. Kilka razy. Mnie nie potrafisz?

Nie umiemy się przyjaźnić i to trzeba przyznać. Przyjaźń, która jest tylko na złe, prawdziwą przyjaźnią być nie może.
Mimo to, tak cholernie brakuje mi Twoich słów.

Kiedy zatęsknię, włączę jedną z tych piosenek.
W tym rzecz, że wciąż je słucham.

szubidułap.
łap.
łap.
łap.

Jedną łzę, drugą, trzecią. I milion tych, których jeszcze nie wylałam i nie wyleję. I te słowa, które chcę Ci napisać, lecz nigdy nie napiszę. Jestem odważna, wytrwała, zakochana. Ale Ty nigdy nie będziesz dla mnie kimś więcej. Podziękuję, już nie chcę.


Jestem szczęśliwa...?
Nie, już nie jestem. Do szczęścia brakuje mi powrotu tego, co straciłam, litra soku pomarańczowego i kilograma czekolady.
Ktoś ma inny lek na pęcherzykową wysypkę, niż twarde i rygorystyczne diety? Ktoś wesprze albo pomoże?

Szklanka wody + pół cytryny, aby zabić ten smak.
Szklanka wody + pół cytryny, ten kwaśny wyraz twarzy.
Szklanka wody + pół cytryny, już nie grymaszę bo próbuję.
Szklanka wody + pół cytryny, o 4 szklanki i 2 godziny za dużo.

Zero:
czekolady
lodów
cukierków
ciastek
cukru
białego pieczywa
brzoskwiń
jabłek
truskawek
pomarańczy
itd............

Zęby w płot i oby do września.
Bo gorzko - kwaśne życie nie odpowiada, a co!

Chcę zrobić coś głupiego, spontanicznego, coś czego nie będę żałować, ale wspominać przez cały następny rok. Inaczej zapanuje rutyna, a pod koniec napiszę, że wakacje te wpisuję na listę dni straconych. Bo nic się nie dzieje, bo wszystkie dni wyglądaja tak samo, bo...
Nie, nie mam do nikogo pretensji. To nawet chyba nie jest moja wina. To nie jest niczyja wina. Tak po prostu miało być. I jest.
Narazie muszę poprzestać na dokarmianiu kaczek, pełnej w przeróżnorakie zdarzenia sobocie, łowieniu plastikowych i -jak w przypadku Doni- szklanych butelek z Wolsztyńskiego oraz na
pieknych zachodach słońca na naszym mostku. Też to lubie, też to kocham i poddaje się takiej rutynie, bo mi nie przeszkadza. Ale wciąż czuje niedosyt.
Czy tylko ja?

Do następnego razu Wam.
Komentuj (3)