zaglądam:
aasiek
ann_mari
bliskoznaczna
blonde
dońka
gettoknowme
izabelka
jem-przeciez
kamyszek
lipsticklies
nutelka
nmc
noli-me-tangere
prattle
refleksja
sapphire
sleepwalker
tweedy
urse
uwierz
przeminęło:
2008
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
24.01.2006 :: 21:48
W skrócie
Ania miała racje, rzucając słowami: "wstydź się".
Więc siedzę teraz przed monitorem i naprawdę mam ogniste rumieńce, przyjmijmy że właśnie ze wstydu... Przyjmijmy ;)
Wszystkich czytających ostrzegam, że to nie będzie łatwa notka, a
jej rozmiary mogą przekroczyć pewne dopuszczalne normy.
Pozwólcie, że na tą jedną jedyną chwile w tym roku wrócę do
wszystkich tych wydarzeń, przyjemniejszych, jak też tych mniej
przyjemnych... ostatni raz.
Rok 2oo5 był dla mnie rokiem najgorszym, zapamiętam go takiego
już na zawsze. Nie oszczędzał mnie ani trochę, wyciągnął
wszystkie siły i chęci do życia.
Styczeń. Temperatura spadła grubo poniżej zera, również w
kwestiach uczuciowych. Nie bardzo wiedziałam, dlaczego wraz z
przyjściem nowego roku wszystko zmieniło się tak błyskawicznie.
Zapchana skrzynka na wiadomości, zapełnione archiwum, złamane
deklaracje, ostatki rozmów i nieświadomość tego, że góra
szczęścia runęła, zanim zdążyłam na nią wejść.
Nic więcej nie pamiętam.
Luty. Czternasty. Początkowo wydawać się mogło, że jestem
przygotowana na wszystko. Jednak po tym, jak wpadłam do szkoły
oddać zeszyt od geografii z referatem, a naprzeciw wybiegło mi
pół klasy, nie chciałam wyjeżdżać. Było mi strasznie ciężko się z
nimi wszystkimi zegnać. Najgorsze było poczucie tego, ze już
możemy sie nie spotkać. Szczerze mówiąc, cały czas szykowałam się
na najgorszy tok wydarzeń i gdy przejeżdżałam wiaduktem, patrząc
na Jego dom, myślałam, że robię to po raz ostatni.
Po przyjeździe do LORO, po godz. 16 pamiętam, jak siedząc w
łazience i czytając z tablicy, jaki płyn i ściereczka jest do
poszczególnej płytki, próbowałam się dodzwonić do moich dwóch
lasencji:P Obie były w krytycznej sytuacji i co chwile pojawiały
się nowe komplikacje. Walentynka i Mój Jedyny, rzecz jasna. Oh,
tak. Dziękuję Wam do dzisiaj :* Akcja była boska ;D
Marzec. Drugi marca. Operacja, najgorszy tydzień w tym roku.
Chwila, w której wszystko było mi obojętne, a jednocześnie tak
ważne... Poranny sms, pożegnania, telefony, przygotowania... coś
strasznego. I chyba nikt mnie nie zrozumie, dopóki sam tego nie
przejdzie. Nigdy więcej, błagam.
Szybko przyjechałam do domu, robiąc niespodziankę nie tylko
rodzince;) Pamiętam, jak wyjeżdżałam, śnieg topniał, a z nieba
spadały wielkie krople deszczu. Jechałam przez te piękne okolice,
oglądałam te same drzewa, co przed operacją, a w środku wszystko
się we mnie rozrywało na miliony kawałków. Dopiero teraz dotarło
do mnie, że właśnie przed chwilą opuściłam moich przyjaciół,
towarzyszy ostatniego miesiąca, z różnych stron Polski. I już ich
nigdy, przenigdy więcej nie zobaczę.
Spacerki w gorsecie w towarzystwie mojej ukochanej Doni
przebijały wszystko. Akcje i przypadkowo spotkane osoby też...
Nieistotne jak, co, gdzie i kiedy. I nie muszę chyba tego
zapisywać, bo to zostanie w naszych głowach na zawsze...
Kwiecień. Pewna osoba zapomniała o wszystkim, cokolwiek miałoby
to znaczyć. A potem znów pojawiła się nadzieja, która szybko
niestety znikła. I życzyłam cos komuś. A życzenie się spełnia...
Ogólnie powoli dochodziłam do dawnej sprawności, chcąc być tą
samą osobą co przedtem, co jednak było trudne do zrealizowania.
Jak to kilka osób zauważyło, zaczęłam kręcić tyłkiem (;P).
Chciałam byc szalona, przebojowa i nie bać się już nikogo i
niczego. Wyjść życiu naprzeciw. Wszystko było dobrze, tylko...
sił fizycznych tak naprawdę brakowało. I poznałam kogoś, kogo
nigdy bym nie chciała poznać i jeżeli dałoby się tak to dane
spotkanie wyrwałabym z mojego życiorysu...
Maj. Wystarczyło, że założyłam czerwone majteczki, a życzenia
zaczęły się spełniać. No, może nie do końca... Ale z całą
pewnością mogę stwierdzić, że Dni Wolsztyna, a w szczególności
koncert, spędziłam w cudownym towarzystwie... mmmm.... ;D Później imprezka urodzinowa i... no właśnie: I. Jakaś taka pustka.
Czerwiec. Zakończenie roku szkolnego, a co za tym idzie- wakacje. W tym samym dniu późny spacerek z Muchą na czele i dość
nieprzyjemne zdarzenie tuż pod brzoskwiniowym domem, które dawało mi po kościach aż do grudnia... Brak komórki, rzecz jasna;P Po dość przebojowej, pierwszej trio-sesji, spontanicznie powstają trzy szalone połówki, które dostały także propozycję zostania trzema dziewicami;D A potem... hmmm... chyba był to 22 czerwca... brutalne zablokowanie przez bliską (wtedy) osobę, zero szans wytłumaczeń i ogólnie ciężkie chwile...
Lipiec. Nasuwa się tylko jedno wydarzenie, sytuacja, 21 dni, bez
których być może wszystko potoczyłoby się inaczej... Ja nie muszę mówić... Wy to wiecie...
Straciłam także prywatność, pewne myśli, tajemnice. Bo straciłam Odrobinkę...
Sierpień. Czas wielkich kłótni, próby zaczynania wszystkiego od
nowa... Wieczorne spacery i niekończące się rozmowy. Lody
śmietankowe z polewą i shake'i. Wielkie tycie:P Niezapomniana
impreza "Miss Parowozów" z oblężeniem od wszystkich stron:P
Wyjazd do Hiszpanii, szereg zabawnych sytuacji z tym
związanych... I cudowne zakończenie wakacji, a mianowicie...
wielkopolskie dożynki ahhh:D No i pierwszy spacerek na Przystań, miłe spotkanie:) I kolejne dożynki oraz zapoznanie sie z Jackassami i Niełeckimi Dziećmi :P
Dziękuje i nie zapomnę.
Wrzesień. Październik. Bo ja nic nie pamiętam... taka luka w
głowie... Wiem, że było wielkie pojednanie z Donią, które chyba
przejdzie do historii;) Za tym wydarzeniem idą także zepsute
stosunki z Anią, sprzeczki itd... Pojawienie się problemów
zdrowotnych i wielka walka o jeden kawałek czekolady między
neurologiem, a dermatologiem.
Listopad. Szczególnie utkwił mi w pamięci dzień dwudziesty
drugi... Najpierw urocze pojednanie dwóch uparciuchów;) Potem:
Terravita, Underworld, (niby) najprzystojniejszy chłopak z
Wolsztyna i... oczywiście nasza bohaterka;D
A miał być replay... ! :)
Grudzień. Nagły przypływ emocji i pozytywnych wibracji... Niewinne flirciki, kilka kłótni z moim najdroższym panem eM... ;) Ale cóż, do tego tematu jeszcze powrócę, wierzcie mi:P
Zielona koperta, to tak na pożegnanie. Bo nadzieję już dawno
straciłam, właśnie dzięki Tobie. I oh, Mój drogi, wybacz mi, że
nie oszczędziłam Ci wzroku i pisałam tym moim maczkiem, a tekst
wyszedł na 9 stronic, ale przypomnij sobie czyja to wina i kto z
nas dwojga zgrywa kogoś, kim nie jest. Kim nigdy nie był.
Oczywiście, wyżyłam się. Bo ja tego potrzebowałam. Tak naprawdę
to potrzebowałam zupełnie czegoś innego, ale tak jakoś wyszło że
marzenia się nie spełniły. Bo nie miały prawa. Marzenia na zawsze
pozostaną marzeniami, bo taka już ich rola.
Ja zamykając ten rozdział, pogodziłam się z tym.
Moje wszystkie sny, pragnienia i marzenia zamknęłam w zielonym
długopisiku. Chyba im tam dobrze. Mi też jest dobrze. O wiele
lepiej, niż przedtem.
Coś mnie jeszcze boli, o tu- w środku, na myśl o Tobie... Nie
wiem czemu... Bo to co mogłam nazwać wielkim, platonicznym
uczuciem zrobiło !PYK!- i wygasło... Czy żałuję? Tak, żałuję.
Tego, że w wieku dziewięciu lat wyszliśmy sobie naprzeciw.
Miałeś swoich głupich przyjaciół
Wiem, co mówili
Ale oni mnie nie znają
Nie znają nawet ciebie
To wszystko
Całe to gówno, które stworzyłeś
Byłeś wszystkimi moimi myślami, myślałam, wiedziałam...
Myślałam, że możemy być...
I wszystkie wspomnienia, tak mi bliskie, bledną
Przez cały ten czas, gdy udawałeś
Tyle o moim szczęśliwym zakończeniu...
To była miłość. Najprawdziwsza, najpiękniejsza, warta wielu
poświęceń... Naprawdę. Miłość długa, sześcioletnia. Ale
nieszczęśliwa i niespełniona. Miłość, którą wielu traktowało jak
ciekawą powieść romantyczną, lub kolejny odcinek z serii "Nie do
wiary"... Oglądalność spadła, uczucia też, emisja została
zakończona, a rozdział zamknięty. Tak po prostu. A ona zrobiła
wreszcie coś, na czym bardzo jej zależało. Napisała coś
prosto z serca.
A On miał na imię Łukasz...
To już jest nieważne, może jeszcze kiedyś najdzie mnie ochota na oglądanie wspomnień. Ale chyba nie ma sensu. Więc będę się przed tym bronić i powstrzymywać.
A jak wrócę, to dopiero za kilka lat... Jak już nawet nie będę Cię poznawała na ulicy...
I wiem, obiecałam Ci, że będę kochać i czekać już zawsze... Widocznie to zawsze właśnie się skończyło.

Żegnam.
Komentuj (3)